Muzyka jest ważna, nawet gdy nie jest POWAŻNA. Świadomie pozwalam sobie na IGRASZKĘ z polskim tytułem tekstów Rogera Scrutona. O tym, że muzyka jest melomanom i wykonawcom „do istnienia koniecznie potrzebna”, nie trzeba przekonywać nikogo, kto traktuje ją jak rodzaj katharsis czy szlachetny bodziec sprzyjający wydzielaniu dopaminy przez mózg. Trudno jednak bagatelizować fakt, że dla ludzi WAŻNA bywa nie tylko zachodnia muzyka klasyczna

 

Na przełomie wieków XX i XXI anglosascy filozofowie muzyki sformułowali kilka istotnych pytań o jej rozumienie. Wystarczy przypomnieć żarliwą debatę toczoną przez Petera Kivy’ego i Jerrolda Levinsona nad książką tego ostatniego Music in the Moment (1997). Levinson dowodził w niej, że muzyka powinna być po prostu zmysłowo doświadczana tu i teraz, bez intelektualnej analizy. Kivy w polemicznym artykule Music in Memory oburzał się na to, przekonując, że muzyka nie jest sztuką lekką, łatwą i przyjemną. Arystoteles powiedziałby zapewne, że i w tej sprawie należałoby zachować umiar, łącząc podstawy muzycznej teorii z praktykowaniem słuchania (a najlepiej – także grania i śpiewania)

Zmarły przed rokiem brytyjski filozof Roger Scruton nie znał takich dylematów. Był jednoznacznie gnostyczny. Stawiał wyraźne granice historyczne (wielka muzyka zasadniczo się skończyła, gdy nastała atonalność), geograficzne (liczy się wyłącznie muzyka Zachodu), a także gatunkowe (muzyka filmowa i pop są mniej wartościowe). I to może być źródłem niepokoju czytelnika, który, sięgając po książkę Scrutona, chciałby się muzykologicznie podszkolić, a może nawet poszerzyć swoją płytotekę wewnętrzną o nowe muzyczne fascynacje.

Awangarda i pogarda
Niepokój zakiełkował także we mnie już podczas pierwszego spotkania ze Scrutonem na burzliwej londyńskiej konferencji poświęconej muzyce i moralności (2009). Filozof opowiedział się tam za ścisłym związkiem między artystyczną wartością muzyki a moralną cnotą lub wadą. Temat ten powrócił w jego w książce Music as an Art (Bloomsbury 2018), której fragmenty właśnie ukazały się w Polsce pod zmienionym tytułem Muzyka jest ważna. Książkę powitałam z radością, bo przecież na polskim rynku wydawniczym wciąż pojawia się niewiele pozycji sławiących muzykę. A jednak mam wątpliwości, czy przekład tych właśnie tekstów Rogera Scrutona sprawdzi się jako owocna lektura dla osób przekonanych, że muzyka jest ważna. Tym bardziej – czy zachęci do muzyki sceptyków.

Poza ośmioma rozdziałami wybranymi z Music as an Art wydawcy dołączyli do tomu siedem esejów publikowanych na stronie internetowej Future Symphony Institute. Zachowano przyjęty w angielskim wydaniu podział książki na dwie części: filozoficzne dociekania i krytyczne spostrzeżenia. Oprócz tekstów o muzyce dostajemy również rozdział poświęcony estetyce codzienności, architekturze oraz – najogólniej rzecz ujmując – szpetocie i trywialności współczesnych sztuk wizualnych (Piękno i profanacja).

W pierwszym eseju (Kiedy to jest melodia) odnalazłam cień dawnych, ściśle muzycznych i jeszcze nieskażonych ideologicznie rozważań z wcześniejszej książki Scrutona The Aesthetics of Music (1997) oraz echa nieco późniejszej Understanding Music (2009). Przypomnijmy, że to w The Aesthetics of Music filozof sformułował oryginalne koncepcje muzycznej metafory i podwójnej intencjonalności oraz wyjaśnił, jak powstają wyrażane w dźwiękach przenośnie ruchu, emocji, przestrzeni czy wysokości. Opowiadał się przy tym za nieusuwalną rolą wyobraźni w percepcji dźwięków. Wróćmy jednak do przełożonych na język polski przez Katarzynę Marczak tekstów zgromadzonych w tomie Muzyka jest ważna. Zgodnie z tytułem pierwszego eseju czytelnik niewykształcony muzycznie ma szansę zrozumieć, co sprawia, że melodia wpada mu w ucho (w przypadku zarówno koncertu Mozarta czy tematu fugi Bacha, jak i ludowej piosenki), choć wiele zawiłych dla laika terminów muzycznych pozostaje w wywodzie niewyjaśnionych. Pojawiają się za to – powracające w całej książce – silnie nasycone emocjami, pejoratywne uwagi na temat filozofii Adorna i muzyki współczesnej. Język muzyczny Bouleza i Stockhausena nazywa Scruton „karą wymierzaną przez aniołów zesłanych na śmiertelników, którzy zepsuli świat kiczowatymi emocjami” (s. 44). Antypatię żywioną przez filozofa wobec awangardy dobitnie oddają określenia w rozdziale Postmodernistyczny słuch: paryski IRCAM zostaje tu nazwany „istnym domem wariatów”, z którego Boulez wysyłał „muzyczne zaklęcia w elektroniczny eter”, minimal music jest obśmiana jako „twór bezdennie pusty”, a kompozycje Reicha czy Glassa zyskują miano „muzycznej próżni” (s. 178–180).

Tyrania elitarności
W rozdziale Kultura pop autor przyznaje co prawda, że „w muzyce pop jest miejsce na techniczną wirtuozerię […] na inwencję melodyczną […] na sporadyczne odkrycia harmoniczne”, jednak zaraz potem stwierdza, że są to elementy, które „w muzyce pop zdają się pochodzić z zewnątrz muzyki” (s. 183). Muzyka pop wpisuje się w kulturę młodych, która, jeśli mówi „o świecie dorosłych, to jedynie po to, aby obrzucić go pogardą, pokazując jako złudną fikcję lub źródło restrykcyjnych ograniczeń” (s. 196) i służy „wyizolowaniu młodzieży w swoim własnym świecie i zniwelowaniu potrzeby ciągłości społecznej”. Wreszcie pojawia się zaskakujący sąd: „muzyka pop w większości straciła zdolność rozwoju” (s. 197).
W rozdziale Muzyka filmowa autora niepokoi miałkość muzycznych pomysłów oderwanych od obrazu. Gdy fragmenty ścieżki dźwiękowej do Harry’ego Pottera czy Władcy pierścieni zostaną „wyciągnięte z oryginalnego kontekstu i wykonane podczas koncertu, niemal zawsze ma się wrażenie, że czegoś tam brakuje” (s. 166).
Ten wywód wydaje się bezcelowy, skoro wiadomo, że muzyka filmowa służy obrazowi i dla niego powstała. Istotniejsze jest to, że wielu miłośników powieści J.K. Rowling, umiejących zanucić temat Hedwigi, zachwyci się następnie melodyką i harmonią Mahlera, a więc – potraktuje fascynację Harrym Potterem jako impuls do słuchania ambitnej muzyki symfonicznej. Warto byłoby to przetestować na młodzieży i przywrócić Scrutonowi wiarę w młodych słuchaczy.

Kończąc już listę moich czytelniczych niespełnień, dorzucę jeszcze jedno – filozoficzne. Widząc w spisie treści rozdział Po co muzykom filozofia, liczyłam na próbę uchwycenia związku między filozofowaniem (jako muzyką myśli) i szukaniem w muzyce odpowiedzi na metafizyczne tęsknoty. Nic z tego. Czytelnik otrzymuje kolejną porcję ideologicznie zabarwionych pretensji kierowanych głównie w stronę Adorna i Schönberga. Szkoda więc, że w tej książce Scruton, który potrafi pisać poruszająco o muzycznej tajemnicy (dowodzi tego w rozdziale Muzyka a transcendentalne), nie zajmuje się właściwą filozofią muzyki, tylko skręca w kierunku moralizatorstwa i drętwego dydaktyzmu.

Kaganek oświaty
„Gust muzyczny nie przypomina preferencji odnośnie do smaku lodów; opiera się na porównaniach i doświadczeniach” (s. 17), zauważa Scruton we Wstępie, wspominając swoją pracę nad rozbudzeniem w studentach zdolności do odróżniania muzyki wyrafinowanej od banalnej. I dodaje: „zdałem sobie sprawę, że tym czymś, co moja muzyka posiada, a czego ich muzyce brakuje, jest proces myślowy” (s. 21). Kiedy prowadzę zajęcia ze studentami, którzy chcą zaprzyjaźnić się z muzyką klasyczną, na początku proszę ich o przedstawienie się za pomocą wybranego utworu. Wbrew temu, co w swoich tekstach sugeruje Scruton (przypisujący młodym osobom miałkość sądów o muzyce), studenci niemal zawsze mówią o ulubionym utworze z zaangażowaniem i świadomością braku wiedzy z zakresu teorii czy historii muzyki. Opisując ważne dla siebie utwory, często wskazują intuicyjnie na kwestie kluczowe dla filozofii muzyki (związek muzyki z emocjami czy pojedynek między muzyczną abstrakcją a mimesis). Po jakimś czasie odkrywają, że w dyskusjach na temat Winterreise Schuberta czy gambowych utworów Marina Marais ożywają te same problemy, które znają z własnych muzycznych olśnień.
Wybory muzyczne mają dla ludzi charakter egzystencjalno-tożsamościowy. Jeśli odczuwamy potrzebę umuzykalniania innych, nie powinniśmy chyba rozpoczynać naszej misji od stawiania gatunkowo twardych granic i dzielenia muzyki na „lepszą” (klasyczną) i „gorszą” (rozrywkową).
O wartości estetycznej utworu nie decyduje wyłącznie przypisanie go do repertuaru muzyki klasycznej. Wie o tym inny filozof, Jerrold Levinson. Analizuje walory jazzu, muzyki filmowej czy popu w esejach poświęconych muzycznym dreszczom czy muzycznemu myśleniu. Poruszenie muzyką domaga się także poważnego namysłu nad kiczem i banałem, które niekiedy goszczą nawet w repertuarze klasycznym. Muzykofilia jest też związana z naszą biologią i fizjologią, co współcześnie coraz częściej zauważają badacze muzycznych uniwersaliów. Ale to już zupełnie inny temat.

Anna Chęćka

Recenzja ukazała się w numerze 5/2021 Ruchu Muzycznego